KOLUMNA AUTORSKA | TYMUR LEVITIN O JĘZYKU, ZNACZENIU I ODPOWIEDZIALNOŚCI

Tymur Levitin
Założyciel i dyrektor Levitin Language School · nauczyciel języków · tłumacz · autor

Tłumacz może poprawnie oddać wszystkie informacje zawarte w dialogu, a mimo to zmienić relację między ludźmi.

Wystarczy, że jedna postać zacznie brzmieć odrobinę bardziej oficjalnie.

Albo bardziej poufale.

Trochę młodziej.

Trochę grzeczniej.

Trochę bardziej wykształcenie.

Trochę mniej pewnie.

Zmiana może być tak mała, że czytelnik nigdy jej świadomie nie zauważy.

A jednak bohater znajduje się już w innym miejscu społecznym.

To właśnie ten wymiar przekładu interesuje mnie szczególnie: tłumacząc sposób mówienia, tłumacz nie tylko odtwarza postać — ponownie ustala jej pozycję wobec innych ludzi.

W literaturze ma to ogromne znaczenie.

J. D. Salinger i Erich Maria Remarque pokazują ten problem z dwóch bardzo różnych stron. Jeden zmusza nas do zmierzenia się z młodzieżową, potoczną i emocjonalnie niestabilną mową. Drugi — z oszczędnością, dystansem i napięciem, które często istnieje właśnie dlatego, że tekst nie mówi więcej.

W obu przypadkach pojawia się jednak to samo pytanie:

Czy po zmianie języka bohater nadal zajmuje to samo miejsce wśród ludzi?

Każde zdanie ustawia odległość między ludźmi

Znaczenie wypowiedzi nie kończy się na informacji.

Wyobraźmy sobie kilka zdań:

Proszę, niech pan tego nie robi.

Proszę tego nie robić.

Nie rób tego, proszę.

Nie rób tego.

Daj spokój.

W bardzo ogólnym sensie wszystkie mogą służyć temu samemu celowi: powstrzymać drugą osobę przed działaniem.

Ale społecznie nie są tym samym.

Każde zdanie inaczej odpowiada na pytania:

Kim jestem wobec ciebie?

Czy mamy prawo mówić do siebie bezpośrednio?

Czy proszę, czy żądam?

Czy zachowuję dystans?

Czy mogę sobie pozwolić na poufałość?

Czy próbuję złagodzić konflikt?

Czy uznaję twoją pozycję?

Czy ją podważam?

To wszystko dzieje się wewnątrz języka.

Dlatego tłumacz, wybierając jedno zdanie zamiast drugiego, nie tylko przekłada sens.

On projektuje relację.

Polski szczególnie wyraźnie pokazuje, że forma zwracania się do człowieka jest częścią znaczenia

W języku polskim relacja społeczna może zostać ujawniona już przez wybór sposobu zwracania się do drugiej osoby.

ty

pan

pani

imię

nazwisko

tytuł

funkcja

forma bezosobowa

konstrukcja omijająca bezpośrednie zwrócenie się do rozmówcy.

Nie są to dekoracje dodane do „właściwego” znaczenia.

One współtworzą znaczenie.

Jeżeli język źródłowy nie zmusza autora do zaznaczenia pewnego rozróżnienia w tym samym miejscu, polski tłumacz może stanąć przed problemem, którego formalnie nie było w oryginale:

muszę wybrać, choć autor nie musiał.

I właśnie wtedy przekład staje się szczególnie interesujący.

Bo wybór gramatyczny może stać się wyborem społecznym.

Angielskie „you” pozostawia tłumaczowi problem, którego samo nie rozwiązuje

Angielskie you nie informuje polskiego tłumacza automatycznie, czy dwie osoby są na ty.

Kontekst może to sugerować.

Relacja może być oczywista.

Ale czasem nie jest.

A polskie zdanie wymaga decyzji.

Czy bohater powie:

Możesz mi pomóc?

czy:

Może mi pan pomóc?

To nie jest wyłącznie różnica stylistyczna.

Wraz z wyborem pojawia się społeczna architektura sceny.

Wiek.

Dystans.

Hierarchia.

Stopień znajomości.

Czasem również epoka.

Tłumacz musi więc odtworzyć informację, której nie znajdzie w jednym angielskim zaimku.

Musi ją wywnioskować z całej sytuacji.

To dobry przykład szerszej zasady: znajomość słownikowego znaczenia nie wystarcza, jeżeli języki zmuszają mówiącego do podejmowania innych decyzji.

Właśnie dlatego podczas nauki angielskiego nie wystarczy budować list polskich odpowiedników angielskich słów. Trzeba stopniowo zobaczyć, których rozróżnień angielski wymaga, których nie wymaga, a które organizuje zupełnie inaczej.

Tłumacz czasem musi powiedzieć więcej niż oryginał — nawet jeśli niczego nie dodaje

Brzmi to paradoksalnie.

Ale wyobraźmy sobie sytuację, w której angielski tekst pozostawia pewną relację społecznie niedookreśloną.

Polski może wymusić wybór.

Tłumacz niczego nie dopisuje w sensie fabularnym.

Nie tworzy nowego zdarzenia.

Nie wyjaśnia czytelnikowi sytuacji.

A jednak jego wersja może zawierać więcej społecznej informacji niż forma źródłowa.

To jeden z powodów, dla których przekład nie jest kopiowaniem znaczenia z jednego pojemnika do drugiego.

Języki nie mają identycznych miejsc na identyczne informacje.

Jedna gramatyka coś ujawnia.

Druga pozwala to pozostawić w cieniu.

Jedna wymusza wybór.

Druga pozwala go odroczyć.

Dlatego problem przekładu zaczyna się często nie tam, gdzie brakuje słowa.

Zaczyna się tam, gdzie język docelowy zadaje pytanie, którego język źródłowy nie musiał zadawać.

Salinger: ile polskiego nastolatka może znaleźć się w Holdenie?

W przypadku Salingera problem staje się jeszcze bardziej złożony.

Holden Caulfield nie tylko przekazuje informacje.

On nieustannie pozycjonuje siebie wobec świata.

Ocenia ludzi.

Odrzuca ich.

Próbuje się od nich oddalić.

Jednocześnie potrzebuje kontaktu.

Bywa ironiczny.

Przesadza.

Powtarza się.

Zmienia ton.

Ukrywa rzeczy, które go dotykają, za językowymi nawykami.

Dlatego tłumaczenie jego głosu wymaga czegoś więcej niż znalezienia polskiego slangu.

Slang nigdy nie jest społecznie neutralny

Potoczne słowo może powiedzieć o człowieku bardzo dużo.

Do jakiego pokolenia należy?

Z jakim środowiskiem jest kojarzony?

Czy brzmi miejsko?

Szkolnie?

Internetowo?

Staromodnie?

Agresywnie?

Dziecinnie?

Czy dane słowo jest nadal żywe?

Czy jest już stylizacją?

Czy brzmi naturalnie tylko dla konkretnej grupy?

Dlatego pytanie:

„Jak powiedziałby to polski nastolatek?”

może prowadzić tłumacza w niewłaściwym kierunku.

Holden nie jest polskim nastolatkiem.

Lepsze pytanie brzmi:

Jaką funkcję społeczną i emocjonalną pełni jego sposób mówienia — i jak polski może tę funkcję odtworzyć bez nadania mu fałszywej polskiej biografii?

To znacznie trudniejsze zadanie.

Najbardziej naturalna polska fraza może być właśnie tą niewłaściwą

Naturalność jest ważna.

Ale sama nie wystarcza.

Załóżmy, że tłumacz znalazł niezwykle żywe polskie wyrażenie, które doskonale oddaje irytację bohatera.

Problem polega na tym, że to wyrażenie może należeć do bardzo konkretnego czasu lub środowiska.

Czytelnik nie usłyszy już tylko irytacji.

Usłyszy również polski kontekst społeczny.

Może zobaczyć inną szkołę.

Inne podwórko.

Inne pokolenie.

Inny typ relacji.

Tłumaczenie osiągnęło lokalną naturalność, ale zapłaciło za nią przesunięciem tożsamości.

To pokazuje, dlaczego w przekładzie literackim nie wystarczy pytać:

Czy Polak tak powie?

Trzeba dodać:

Co stanie się z postacią, jeśli właśnie tak powie?

Remarque: dystans społeczny nie zawsze potrzebuje formalności

U Remarque’a napięcie może powstawać inaczej.

Postacie nie muszą stale deklarować swoich emocji ani pozycji.

Relacja ujawnia się przez to, co zostaje pominięte.

Przez krótkość odpowiedzi.

Przez brak wyjaśnienia.

Przez zmianę rytmu.

Przez nagłe przejście od spraw praktycznych do czegoś osobistego — albo odwrotnie.

Tłumacz może odczuć potrzebę uporządkowania takiego dialogu.

Dodać spójność.

Wyraźniej zaznaczyć intencję.

Uczynić relację bardziej czytelną.

Ale człowiek nie zawsze chce, aby jego relacja z drugim człowiekiem była czytelna.

Czasem właśnie niejasność jest relacją.

Nie każda bliskość mówi ciepło

To szczególnie ważne.

W potocznym myśleniu łatwo połączyć:

bliskość = ciepły język,

dystans = formalny język.

Literatura pokazuje, że rzeczywistość jest znacznie bogatsza.

Ludzie bardzo bliscy mogą mówić do siebie brutalnie.

Obcy mogą być niezwykle serdeczni.

Formalność może chronić.

Poufałość może poniżać.

Krótka odpowiedź może oznaczać chłód, ale może też wynikać z tak głębokiego porozumienia, że niczego nie trzeba dopowiadać.

Dlatego rejestru nie można tłumaczyć mechanicznie.

Trzeba tłumaczyć relację, którą rejestr tworzy w konkretnej scenie.

Niemieckie „du” i „Sie” nie stają się automatycznie polskim „ty” i „pan/pani”

Na pierwszy rzut oka można dostrzec wygodne podobieństwo.

Niemiecki rozróżnia du i Sie.

Polski rozróżnia ty oraz formy pan/pani.

Czy zatem problem jest rozwiązany?

Nie.

Systemy są podobne funkcjonalnie tylko do pewnego stopnia.

Moment przejścia na du nie musi społecznie odpowiadać momentowi przejścia na ty.

Częstotliwość form.

Środowisko zawodowe.

Wiek.

Pokolenie.

Region.

Historyczny moment.

Rodzaj instytucji.

Wszystko to może wpływać na interpretację.

Dlatego formalna zgodność kategorii nie gwarantuje zgodności relacji.

To ważne także podczas nauki języka niemieckiego. Uczeń potrzebuje czegoś więcej niż reguły „du = ty, Sie = pan/pani”. Musi zrozumieć, jak niemiecki społecznie organizuje dystans i kiedy wybór formy sam staje się działaniem.

Właśnie tutaj nauka języka i analiza przekładu spotykają się szczególnie wyraźnie.

Rejestr jest niewidzialną biografią bohatera

Kiedy czytamy dialog, nieustannie wyciągamy wnioski.

Nie zawsze świadomie.

Ten człowiek brzmi jak ktoś starszy.

Tamten — jak ktoś, kto chce zachować status.

Ten próbuje być grzeczny.

Tamten demonstracyjnie skraca dystans.

Ktoś brzmi, jakby chciał należeć do grupy.

Ktoś inny pokazuje, że nie zamierza przestrzegać jej norm.

Skąd to wiemy?

Częściowo z fabuły.

Ale bardzo często z języka.

Rejestr działa więc jak niewidzialna biografia.

Nie mówi nam wprost, kim jest człowiek.

Dostarcza śladów.

A czytelnik buduje z nich obraz.

Jeżeli tłumacz zmienia te ślady, czytelnik buduje inną biografię.

Tłumaczenie realiów to także tłumaczenie relacji

O realiach często myślimy jak o nazwach potraw, instytucji, świąt, przedmiotów czy elementów lokalnej kultury.

To ważne, ale zbyt wąskie rozumienie.

Realnością kulturową jest również to,

kto pierwszy może przejść na mniej formalną formę;

jak zwraca się uczeń do nauczyciela;

jak pracownik mówi do przełożonego;

jak młody człowiek mówi do osoby starszej;

jak obcy ludzie rozpoczynają rozmowę;

jak dużo uprzejmości uważa się za neutralne;

kiedy bezpośredniość brzmi naturalnie, a kiedy agresywnie.

To również kultura.

Dlatego realia w przekładzie nie kończą się na rzeczownikach.

Czasem najtrudniejszą realią jest odległość między dwiema osobami.

Nie da się jej sprawdzić w słowniku.

Trzeba ją odtworzyć.

Jedna decyzja tłumacza może zmienić całą późniejszą relację

Wyobraźmy sobie powieść, w której dwie postacie poznają się na początku.

W języku źródłowym sposób zwracania się do siebie nie wymaga wyboru odpowiadającego dokładnie polskiemu ty albo pan/pani.

Tłumacz podejmuje decyzję w pierwszym rozdziale.

Od tego momentu wszystkie kolejne rozmowy dziedziczą tę decyzję.

Jeżeli postacie od początku są na ty, późniejsza bliskość rozwija się inaczej.

Jeżeli długo pozostają przy dystansie, samo przejście na ty może stać się wydarzeniem.

A jeżeli w oryginale takiego wydarzenia nie było?

Wtedy polska gramatyka i norma społeczna mogą stworzyć nową dramaturgię relacji.

Tłumacz nie zrobił tego celowo.

Nie dopisał sceny.

Ale system języka zmusił go do wyboru, który zaczął produkować konsekwencje.

To właśnie mam na myśli, mówiąc, że tłumaczenie jest systemem decyzji.

Jedno rozwiązanie nigdy nie istnieje samo.

Tworzy warunki dla następnych.

Czy tłumacz ma prawo zmienić społeczną pozycję postaci, jeśli inaczej nie da się jej odtworzyć?

To pytanie prowadzi nas do głębszego problemu.

Czasami zachowanie tej samej formalnej hierarchii daje w języku docelowym zupełnie inny efekt.

Wtedy co jest ważniejsze?

Forma?

Czy funkcja?

Załóżmy, że dana forma w języku źródłowym jest neutralna, ale jej formalny polski odpowiednik brzmi bardzo oficjalnie.

Jeżeli użyjemy go mechanicznie, stworzymy większy dystans niż autor.

Jeżeli wybierzemy mniej formalną konstrukcję, odejdziemy od struktury, ale być może zbliżymy się do relacji.

Co jest wierniejsze?

Właśnie tutaj prosty podział na tłumaczenie „wierne” i „swobodne” przestaje wystarczać.

Wierność może dotyczyć różnych rzeczy.

Wierności słowu.

Wierności strukturze.

Wierności relacji.

Wierności efektowi.

Wierności historycznemu kontekstowi.

Nie zawsze można zachować wszystkie jednocześnie.

Emocja również ma pozycję społeczną

Mówimy czasem o „przekładzie emocji”, jak gdyby emocja była czymś czysto wewnętrznym.

Ale sposób jej wyrażania jest społeczny.

Gniew wobec przyjaciela nie musi wyglądać tak samo jak gniew wobec przełożonego.

Smutek wobec dziecka może być językowo inny niż smutek wobec partnera.

Ironia między bliskimi może być formą czułości.

Ta sama ironia wobec obcego — formą agresji.

Dlatego emocja w przekładzie nie może być oddzielona od relacji między uczestnikami sceny.

Tłumacząc uczucie, tłumaczymy również prawo postaci do pokazania tego uczucia właśnie w taki sposób wobec właśnie tej osoby.

To jeszcze jeden powód, dla którego pojedynczy odpowiednik leksykalny tak rzadko rozwiązuje problem.

Język nie tylko mówi, kim jesteś. Mówi, kim wolno ci być wobec drugiego człowieka

To prowadzi do szerszego pytania o language and identity — język i tożsamość.

Tożsamość nie istnieje wyłącznie wewnątrz jednostki.

Jest także relacyjna.

Jestem kimś jako przyjaciel.

Kimś jako uczeń.

Kimś jako nauczyciel.

Kimś jako obcy.

Kimś jako członek rodziny.

Kimś jako osoba posiadająca władzę.

Kimś jako człowiek zależny od drugiego.

Język pomaga te role tworzyć i negocjować.

Dlatego po zmianie języka człowiek może odkryć, że niektóre znane mu sposoby budowania relacji już nie działają tak samo.

To doświadczenie zna wielu uczących się języków.

Mogą znać słowa.

Mogą znać gramatykę.

A mimo to nie wiedzieć jeszcze, jaką odległość właśnie stworzyli między sobą a rozmówcą.

To nie jest brak dodatkowego słownictwa.

To kolejny poziom kompetencji.

Nauka języka to także nauka nowych odległości

Dlatego nauki języka nie traktuję jako procesu, w którym do tej samej osoby dokładamy nowy zestaw słów.

Człowiek musi nauczyć się również nowych sposobów bycia wobec innych.

Jak odmówić.

Jak poprosić.

Jak wejść w rozmowę.

Jak skrócić dystans.

Jak go zachować.

Jak zabrzmieć profesjonalnie bez chłodu.

Jak zabrzmieć blisko bez naruszenia granicy.

Jak nie przenosić automatycznie norm pierwszego języka tam, gdzie drugi język organizuje sytuację inaczej.

To dlatego głęboka nauka języka angielskiego czy nauka języka niemieckiego prowadzi znacznie dalej niż do poprawnych zdań.

Celem jest coraz dokładniejsze rozumienie:

co moje zdanie robi drugiemu człowiekowi i z naszą relacją?

Tłumacz literatury pyta o to samo.

Tylko odpowiada również za relację, której sam nie stworzył.

Największa ingerencja może ukrywać się w najmniejszym słowie

To jedna z najbardziej fascynujących właściwości przekładu.

Czasem całe zdanie można przetłumaczyć niemal bez problemu.

A potem pojawia się:

you,

du,

Sie,

ty,

pan,

pani,

imię,

tytuł,

jedno potoczne określenie,

jedna forma grzecznościowa.

I nagle okazuje się, że właśnie w tym małym elemencie znajduje się cała społeczna geometria sceny.

Tłumacz podejmuje decyzję.

Czytelnik widzi gotowy tekst.

Między nimi znika moment wyboru.

Ale jego konsekwencja pozostaje w bohaterze.

Od tej chwili postać jest trochę bardziej bliska.

Albo bardziej obca.

Starsza.

Młodsza.

Grzeczniejsza.

Bardziej buntownicza.

Bardziej lokalna.

Bardziej historyczna.

Dlatego w przekładzie nie istnieją naprawdę „małe” decyzje.

Są tylko decyzje, których skutków jeszcze nie zauważyliśmy.

Salinger i Remarque pokazują dwa różne sposoby społecznego istnienia w języku

Zestawienie tych autorów jest interesujące właśnie dlatego, że nie potrzebujemy udowadniać ich podobieństwa.

Ich różnica jest bardziej wartościowa.

Salinger pokazuje, jak tożsamość może być produkowana przez nadmiar widocznych nawyków językowych: powtórzenia, oceny, potoczność, rytm, przesadę, społeczne rozpoznawanie ludzi.

Remarque często pokazuje coś odwrotnego: jak relacja może istnieć w ograniczeniu języka, w krótkiej odpowiedzi, w niewypowiedzianym, w dystansie albo w braku potrzeby wyjaśnienia.

W jednym przypadku tłumacz ryzykuje źle przełożyć to, co jest bardzo słyszalne.

W drugim — to, co działa właśnie dlatego, że pozostaje ciche.

Ale oba przypadki prowadzą do tej samej odpowiedzialności:

nie wystarczy przetłumaczyć, co bohater powiedział. Trzeba zobaczyć, gdzie jego sposób mówienia umieszcza go wobec innych ludzi.

Przekład tworzy społeczną mapę, której czytelnik nigdy nie zobaczy

Czytelnik otrzymuje gotową książkę.

Nie widzi odrzuconych wariantów.

Nie wie, że w danym miejscu można było wybrać większy dystans.

Nie wie, że inne słowo odmłodziłoby postać.

Nie wie, że forma grzecznościowa mogła przesunąć hierarchię.

Nie wie, że naturalny polski slang został odrzucony, ponieważ był zbyt mocno związany z konkretnym pokoleniem.

Ale właśnie z takich decyzji powstaje świat, który czytelnik uważa później za oczywisty.

Dlatego tłumacz nie tylko przenosi tekst.

W pewnym sensie tworzy społeczną mapę przekładu.

Ustala na niej odległości.

Granice.

Hierarchie.

Możliwości zbliżenia.

Miejsca konfliktu.

I robi to językiem, który nigdy nie jest społecznie pusty.

Czy po przekładzie bohater nadal zna tych samych ludzi?

To pytanie może brzmieć dziwnie.

Przecież fabuła się nie zmieniła.

Imiona są te same.

Wydarzenia te same.

Relacje formalnie te same.

Ale jeśli zmieniliśmy sposób, w jaki ludzie zwracają się do siebie, ich relacja również mogła się przesunąć.

Jeśli przyjaciele stali się bardziej uprzejmi, ich bliskość wygląda inaczej.

Jeśli obcy zbyt szybko brzmią poufale, granica znika.

Jeśli nastolatek otrzymał slang innej grupy społecznej, jego miejsce w świecie się zmienia.

Jeśli bohater Remarque’a zaczyna wyjaśniać więcej, niż robił w oryginale, jego relacja z drugim człowiekiem również może stać się bardziej jawna.

Dlatego po zmianie języka warto pytać nie tylko:

Czy to nadal ten sam bohater?

Jeszcze ciekawsze jest pytanie:

Czy po przekładzie między tymi samymi bohaterami nadal istnieją te same odległości?

Bo człowiek w literaturze nie istnieje samotnie.

Istnieje w sieci relacji.

A język nieustannie mierzy tę sieć — nawet wtedy, gdy nie podaje nam żadnych liczb.


O autorze

Tymur Levitin — założyciel i dyrektor Levitin Language School, nauczyciel języków, tłumacz i autor. Pracuje z językiem angielskim i niemieckim, analizą porównawczą systemów językowych oraz podejściem, w którym język bada się jako system decyzji dotyczących znaczenia, relacji, perspektywy i działania komunikacyjnego.

Punktem wyjścia dla tego cyklu było uniwersyteckie badanie autora dotyczące przekładu dzieł J. D. Salingera i Ericha Marii Remarque’a. Niniejszy tekst jest samodzielnym współczesnym opracowaniem rozwijającym odrębny problem: w jaki sposób język przekładu na nowo określa społeczną pozycję postaci i odległość między ludźmi.

Profil Tymura Levitina

© 2026 Tymur Levitin · Levitin Language School. Wszelkie prawa zastrzeżone.